Oczekuj przede wszystkim od siebie

Ciekawa sprawa.

Postanawiasz się zmienić. Chcesz pozytywniej patrzeć na świat. Nie denerwować się i nie złościć. Nie przeklinać (aż tyle). Chcesz zmienić swoje nastawienie. Przestać wciąż marudzić, narzekać i się smucić.

To wyzwanie. Potrzeba dużo samozaparcia i determinacji. Dużo samokontroli i samoświadomości. Trzeba stale i konsekwentnie pracować nad sobą.

Cały proces przebiega małymi kroczkami.

Tak naprawdę najprościej zmienić to, co najbardziej zewnętrzne – nasze codzienne zachowanie w pracy, szkole.

Wnętrze wymaga więcej czasu.

Jednocześnie droga do zmiany wnętrza prowadzi wyłącznie PRZEZ zmianę zewnętrza.

Uśmiechając się, mówiąc miłe rzeczy, panując nad złością automatycznie zmieniamy powoli nasze wnętrze. To się czuje.

W końcu pojawia się taki moment, kiedy stajesz na rozdrożu. Czujesz się zupełnie innym człowiekiem, przebywając z innymi ludźmi, a zupełnie innym, gdy zostajesz sam ze sobą.

Jednak zanim to nastąpi trzeba rzeczywiście zmienić zewnętrze.

Co w tym przeszkadza najbardziej?

Ludzie, znajomi. I to wcale nie dlatego, że mogą cię zdenerwować albo zepsuć ci humor, bo nie mogą. Mogą to zrobić tylko, jeśli im na to pozwolisz. Jednak znają cię takiego, jakim byłeś i przez to oczekują określonego ciebie, a tymczasem ty się zmieniasz. Pojawiają się pytania. Niedowierzanie. Niektórzy mogą nawet próbować cię sprowokować do dawnego zachowania, bo przecież „ty się tak fajnie denerwujesz”. Raczej nieświadomie kopią pod tobą dołki, kiedy ty i tak masz wystarczająco już trudne zadanie.

Co więcej, mając jakieś grono ludzi, którzy cię lubią, możesz mieć obawy, że zmiana sprawi, że ich stracisz, tzn. że stracisz ich sympatię. Bo przecież lubili tego nerwusa z czarnym poczuciem humoru. I coś w tym jest, bo „swój do swego ciągnie” – zwykle lubią nas osoby o podobnych do naszych słabościach i skłonnościach. Dzięki temu istnieje między nami nić porozumienia, która ułatwia komunikację. Istnieje zatem możliwość, że ci ludzie przestaną dobrze czuć się w twoim towarzystwie, bo będziesz dla nich po prostu zbyt szczęśliwy. Aczkolwiek to zadziała w dwie strony – ty również będziesz chciał stronić od ich ponurego towarzystwa. Innymi słowy – znajdą się inni. A prawdziwi przyjaciele pozostaną i tylko oni liczą się tu naprawdę.

Rzecz w tym, że nie ma sposobu, żeby uwolnić się od lidzkich oczekiwań względem nas. Podobnie jak nie można pozbyć się wszelkich oczekiwań względem innych ludzi. Tak już działamy, że poznając kogoś, uczymy się go, uczymy się, czego należy się po nim spodziewać i tego właśnie od niego oczekujemy w przyszłości. Ten schemat ma swoje dobre i złe strony. Ostatecznie jednak prawdziwe znaczenie ma tylko to, czego sami od siebie oczekujemy.

Kilka słów o lekach psychotropowych antydepresyjnych

Uznałam, że warto wrzucić tu jeszcze kilka słów poświęconych lekom psychotropowym. Pisałam notkę im dedykowaną już spory czas temu, więc myślę, że to dobry moment, żeby wnieść świeższe, pełniejsze w doświadczenie spojrzenie.

Pod tamtym wpisem pojawił się komentarz o konflikcie poglądów, czy lepiej wybrać leki czy terapię. Nigdy nie rozważałam takiego konfliktu ani świadomie go nie sugerowałam, niemniej komentarz się pojawił i słusznie, bo o tym warto też powiedzieć.

Piszę oczywiście o lekach antydepresyjnych i wspomagających – uspokajających i TYLKO o tych, bo innych nie brałam i nie mogę nic powiedzieć o ich działaniu.

Nie mówię też o chorobie afektywnej dwubiegunowej, bo to inna bajka. Jeśli już, możemy mówić o tych fazach depresyjnych, ale nie ogólnie o leczeniu tej choroby ani o lekach dla niej charakterystycznych, bo o tym również nie mam pojęcia.

Zacznę od najbliższego mi przykładu,tj od siebie. W ostatnich latach brałam różne leki w różnych dawkach. Czasem nie brałam nic. Uzupełniałam dietę xanaxem, albo radziłam sobie bez niego. Różnie to bywało. To, co naprawdę ważne dla Was:

NIE WSZYSTKIE LEKI PSYCHOTROPOWE OTUMANIAJĄ.

Wiem, bo brałam takie, które to robiły i takie, które „dawały kopa” do działania.

LEKI PSYCHOTROPOWE NIE ZMIENIAJĄ TEGO, KIM JESTEŚ.

Czasem stanowią pewien filtr, wyciszają myśli, pozwalają nie przejmować się tak czy nie stresować, ale to bzdura, że nagle czynią z ciebie innego człowieka. Twoje przekonania, poglądy, myśli – to wszystko pozostaje bez zmian. Jesteś sobą, z tą różnicą, że to Ty masz większą kontrolę, niż Twoje myśli i emocje. To bardzo wyzwalające doświadczenie. Jednocześnie może być przerażające, gdy wymaga przystosowania i zmierzenia się z tym, co się w nas kryje pod powierzchnią pustych emocji i schematycznych myśli.

PODJĘCIE PSYCHOTERAPII NA SAMYM POCZĄTKU PRZYJMOWANIA LEKÓW TO SŁABY POMYSŁ.

Może nie zawsze, ale generalnie. Przede wszystkim te leki działają dopiero po 4-6 tygodniach, więc cały proces stabilizowania się może się przeciągnąć nawet do kilku miesięcy. W tym czasie pomoc i wsparcie psychologa mogą być jak najbardziej nieocenione, bo mogą z nas wychodzić różne kwestie, z którymi możemy nie dawać sobie rady, ale z terapią lepiej trochę się wstrzymać.

NIE DAJ SIĘ ZWIEŚĆ – LEKI TO POMOC, A NIE ROZWIĄZANIE.

Może się zdarzyć, że kiedy po wielu latach męczenia się z samym sobą, nagle poczujesz się lepiej, uznasz, że w zasadzie same leki ci wystarczą. To bardzo złudne. Kiedy się ustabilizujesz i minie ten pierwszy szok lepszego samopoczucie, wróci w końcu szara rzeczywistość i nagle może się okazać, że leki „już nie działają”. Leki działają, ale organizm przywykł do ich działania i już nie jest ono dla nas tak oczywiste.

TERAPIA NA 99% JEST KONIECZNA.

Depresję zwykle diagnozuje się po co najmniej kilku latach jej trwania, kiedy dobrze się ona już zadomowi w naszym umyśle. Wcześniej może nie być ona dość oczywista. Możemy mieć wątpliwości, czy potrzebna jest pomoc psychiatry. A kiedy już zdecydujemy się na leczenie – siedzi ona głęboko w nas i leki nie wystarczą, żeby się jej stamtąd pozbyć. Świat się nie zmieni, ani ludzie, ani życie. Zmiana musi zajść w nas. Leki mogą pomóc, wyważając nasze spojrzenie na pewne zagadnienia codzienności, ale wyplewienie negatywnych nawyków myślowych to już zadanie całkowicie zależne od nas samych. Leki mogą wyciszyć te myśli na jakiś czas, ale pozbycie się nawyku to znacznie trudniejsza sprawa.

 

Może być tak, że nasza depresja jest wynikiem nieprawidłowego funkcjonowania organizmu na poziomie biochemicznym, a wówczas leki te nieprawidłowości naprostują. Ale uwierzcie mi, zakorzeniona w człowieku depresja to zwykle znacznie więcej, niż biochemia organizmu. Albo inaczej: biochemia naszego organizmu nie istnieje niezależnie od całej reszty ludzkiego bytu. Nawet jeśli zaczęło się od biochemii, wżarło się też w psychikę. A psychika napędza biochemię. Dlatego leczenie powinno być zawsze kompleksowe.

Dobre samopoczucie uzależnia jeszcze bardziej, niż złe

Człowiek może się uzależnić od stanów psychicznych. Właściwie jest to oczywiste. Jednocześnie istnieje też pewna interesująca zależność między uzależnieniem psychicznym od określonych stanów emocjonalnych a uzależnieniem od nich fizycznym, bo i ten aspekt istnieje. Nie jest to mój wymysł, przeczytałam kiedyś o tym w jakiejś książce i jak dla mnie ma to sens z punktu widzenia biologii czy chemii. Stany emocjonalne to nic innego, jak produkcja określonych substancji chemicznych w naszym organizmie. Choć gdyby mnie ktoś o to zapytał, powiedziałabym, że stan emocjonalny to przyczyna reakcji chemicznych w organizmie, ale nie odwrotnie. Tzn. nie pokusiłabym się o sprowadzenie tej duchowej cząstki każdego z nas do kilku substancji chemicznych, jak robi to wielu mądrych, racjonalnych, wyedukowanych ludzi. Oczywiście strach powoduje wydzielanie adrenaliny, ale sam w sobie strach nie jest dla mnie reakcją chemiczną.

Skupmy się jednak na uzależnieniu. Skoro stan emocjonalny powoduje wydzielanie jakiegoś hormonu czy enzymu, a my wciąż tkwimy w jednym stanie emocjonalnym – uzależniamy się od tych substancji, które są w nim wydzielane przez nasze ciało. Nie będzie to tak niebezpieczne uzależnienie, jak np. od alkoholu czy narkotyków, niemniej może być równie destrukcyjne. Wszystko zależy, od jakich stanów emocjonalnych jesteśmy uzależnieni. Kiedy od lat tkwi się w depresji, siłą rzeczy człowiek uzależnia się od smutku. Pomijam teraz kwestie uzależnienia psychicznego, chodzi mi tylko o to fizyczne.

Jak to się objawia? Smutek wydaje się naturalny. Natomiast kiedy przez krótki czas pojawi się radość – jest dziwna, obca, nienaturalna i nawet niekomfortowa. Na tyle niekomfortowa, że bardziej lub mniej świadomie dąży się do powrotu to stanu, który postrzegamy jako naturalny. Pojawiają się myśli, że jest nam pisane bycie nieszczęśliwym. I z jednej strony koncepcja szczęścia jest dla nas kusząca, ale w praktyce szczęście – które w naszym doświadczeniu pojawia się rzadko i na krótko – jest czymś odległym i tak nienaturalnym, że aż nieprawdziwym. To błędne koło. Nie mamy szansy uzależnić się od radości, skoro upieramy się przy tym, że jest ona nieprawdziwa i zawsze ściągamy nasze samopoczucie na dno. Piję, bo jest mi źle. Jest mi źle, bo piję. Czuję się smutny, bo nie czuję się szczęśliwy. Nie czuję się szczęśliwy, bo jestem smutny.

 

Tkwiłam w tym uzależnieniu bardzo długo nieświadoma, że to rzeczywiście rodzaj uzależnienia. A jak wiadomo, żeby pokonać nałóg, najpierw trzeba przyznać, że się ma problem. Tak naprawdę w moim przypadku odbyło się to trochę od tyłu, bo zdałam sobie sprawę, że to było uzależnienie dopiero, kiedy przekonałam się, że inne, bardziej pozytywne stany emocjonalne, mogą się wydawać równie naturalne, jak kiedyś wydawał się tylko smutek.

Jednocześnie potwierdziło się również coś, o czym pisał Murphy w „Potędze podświadomości” (a może OSHO w „Księdze zrozumienia”?), a mianowicie, że radość, harmonia, równowaga to nasze programy bazowe, to one są prawdziwie naturalne i dlatego o wiele łatwiej jest się na nie przełączyć niż przełączyć się z nich.

Tak, zdaję sobie sprawę, że brzmi to bardzo abstrakcyjnie, kiedy jest się niemal od zawsze przygnębionym i nieszczęśliwym. Rzecz w tym, że wiele rzeczy brzmi czy wygląda abstrakcyjnie, dopóki się ich nie zrozumie (patrz: matematyka). A w tym przypadku jest to o tyle trudniejsze, że zrozumieć oznacza doświadczyć. Czyli trzeba spróbować abstrakcji, żeby przestała być abstrakcyjna. To trudne, ale możliwe.

 

Cały listopad poświęciłam czemuś, co należałoby nazwać „pracą nad sobą”. Kontrolowałam swoje myśli. Świadomie wprowadzałam te pozytywne, jednocześnie podnosząc swoje samopoczucie. Naprawdę dbałam o to, żeby czuć się dobrze i nie dać się pogrążyć moim negatywnym, destrukcyjnym schematom myślowym. Traktowałam te schematy jako błędne założenia, mimo że wydawały mi się bliższe, niż to, jak starałam się teraz patrzeć na świat. Czasem zaczynałam czuć, że staram się zbyt mocno, że próbuję wymuszać pewne rzeczy, robić coś na siłę i wtedy odpuszczałam. Nie zmuszałam się do dobrego samopoczucia, pozwalałam sobie poczuć się nijak. Ni dobrze, ni źle. Po prostu neutralnie.

I co się wydarzyło?

Przyszedł kryzys. To naturalna rzecz, spodziewałam się, że w końcu nadejdzie. Tylko że wiecie co? Nagle, kiedy poczułam się źle, było to dla mnie zupełnie nienaturalne, zupełnie nie czułam się sobą. Bardziej kimś, kim byłam kiedyś, czy nawet kogo kiedyś tylko znałam. To było bardziej jak emocjonalne wspomnienie, niż rzeczywistość w czasie teraźniejszym. Pojawiały się myśli, które pojawiały się wielokrotnie wcześniej, ale nagle przestały one być prawdziwe, przestały być moje. Mój umysł automatycznie szukał dobrych myśli, chciał je znaleźć, chciał odzyskać harmonię i dobre samopoczucie. To naprawdę dość niesamowite doświadczenie. Nie spodziewałam się tak szybkich i wyraźnych rezultatów. Wprawdzie nie wiem, czy zewnętrznie widać jakąś przemianę, ale tak naprawdę liczy się przecież tylko to, że ja czuję się dobrze.

Wniosek?

Dobre samopoczucie uzależnia nawet bardziej, niż złe. Trzeba tylko dać mu szansę nas uzależnić.

 

Oczywiście to nie oznacza, że nie pojawiają się już gorsze chwile i smutek. To naturalny element harmonii i równowagi, potrzebny, żeby druga strona medalu mogła istnieć. Pojawiają się też dawne, negatywne myśli, ale już jakby przeterminowane – właściwie bez problemu można je przegonić. Najważniejsze, że ta pozytywna maszyna ruszyła, a moje pozytywne doświadczenia ją napędzają.

Nie staraj się aż tak bardzo

To pułapka, w którą bardzo łatwo wpaść, podczas swoich początków wprowadzania zmian w nastawieniu i sposobie myślenia. Zwłaszcza, jeśli bazujemy w naszych staraniach na założeniach tzw. prawa przyciągania. Odnoszę się do tej teorii, bo ja głównie na niej bazuję, ona stanowi podstawę mojej motywacji. Zakładam, że moje życie będzie lepsze – takie, jakie bym chciała, jeśli zmienię swoje nastawienie. A zatem liczę, że przestanę przyciągać smutek, a jego miejsce zajmie spokój, równowaga i szczęście.

Aczkolwiek prawdopodobnie, że jeśli Wasz cel jest podobny, to nieważne, co Was motywuje i co zakładacie w podstawach swoich działań – w tę pułapkę i tak możecie wpaść. Wystarczy, że Wam zależy na osiągnięciu celu, jakim jest zmiana podejścia i nastawienia. A na pewno Wam zależy, skoro podejmujecie wysiłek pracy nad sobą. Gdy Wam zależy, to chcielibyście zapewne – jak ja – jak najwięcej osiągnąć jak najszybciej. Całkowicie wyeliminować doły i te niewłaściwie ścieżki myślowe. Bo jak czuć się dobrze, to na całej linii.

W odniesieniu do teorii prawa przyciągania istnieje jeszcze dodatkowo kwestia świadomości, że kiedy myśli zbaczają na „złą” drogę – cała wcześniejsza pozytywna praca idzie na marne, bo znów przyciągamy nieszczęście.

Otóż istotne jest, żeby zdać sobie sprawę, że to nie jest żadna magia, żaden magiczny rytuał, hokus-pokus, czary-mary, które musi być odprawione dokładnie wg zaleceń w księdze zaklęć. Założeniem magii jest, że jeśli masz odpowiednią moc oraz wszystko wykonasz i wypowiesz prawidłowo – zadziała i już. Tak działała magia np. wg Harrego Pottera, prawda? Od biedy nawet wypowiedziane na siłę zaklęcie może zadziałać.

Nasza podświadomość „nie zadziała”, jeśli będziemy ją na siłę próbować do czegoś przekonać. To NASZA PODŚWIADOMOŚĆ. To część nas samych. Nie da się jej oszukać. Nie można zmusić jej do wiary w coś, w co sami głęboko w środku nie wierzymy. Nie można oszukać samego siebie. Oddziaływanie na podświadomość to nie oddziaływanie na coś zewnętrznego, niezależnego od nas, co moglibyśmy oszukać lub wprowadzić w błąd. Więcej: nasza świadomość może sobie z wielu rzeczy nie zdawać sprawy, ale podświadomość już wie. Pogłębianie samoświadomości to tak jakby odkrywanie tego, co wie nasza podświadomość.

Dlaczego to takie ważne? Bo oznacza, że NIC na siłę nie przejdzie. I kiedy ze strachu przed smutkiem czy złością będziemy próbować na siłę przekonać się do naszych pozytywnych założeń – efekt będzie sztuczny i będzie kłamstwem, jakie chcemy wmówić samym sobie.

Dlatego w gruncie rzeczy lepiej jest wówczas odpuścić i pozwolić złym emocjom przejść, niż im zaprzeczać. Wchodząc w zaprzeczenie ładujemy się w negatywną pętlę bez końca. Lepiej pozwolić uczuciom i emocjom zaistnieć i przeminąć i pamiętać przy tym, żeby nie wpaść w inną, równie złą i niekończącą się pętlę – samooskarżania się i obwiniania, że ulegliśmy złemu samopoczuciu i teraz wszystkie nasze starania szlag trafił. To bzdura. Owszem, pojawił się kryzys. Pojawił się, przeszedł, a skoro sobie poszedł możemy wrócić do pracy nad sobą i znów ładować nasze życie pozytywnymi myślami.

Zły dzień nie „kasuje” dobrych dni. To nie działa w ten sposób. W życiu nie da się niczego skasować, skoro już zaistniało. Każdy dobry dzień jest naszym sukcesem, którego nikt nam nie odbierze (jeśli sami go sobie nie odbierzemy). Każdy gorszy dzień z kolei niech będzie lekcją. Nie można zaznać spokoju i szczęścia, jeśli co jakiś czas nie zazna się czegoś przeciwnego. Wszelkie oceny, jakich dokonujemy w życiu funkcjonują na zasadach kontrastu.

W odniesieniu do teorii prawa przyciągania i tego, jak je tłumaczą i rysują wszelkie książki na ten temat, proponowałabym wyobrazić sobie, że każdy gorszy dzień to „dzień wolny” dla tego wszystkiego, co chcemy do swojego życia przyciągnąć. To dzień, w którym to wszystko staje na chwilę w miejscu i przez chwilę nie idzie w naszą stronę (ale też nie oddala się) – robi sobie postój na drodze do naszego życia. Ale nie ucieka w przeciwną stronę i w żaden sposób nie wymyka nam się z zasięgu naszych możliwości.

 

Wydaje się bardzo stosownym, żeby dodać, że ta notka powstała głównie dlatego, że musiałam się upewnić, że po napisaniu to wszystko wciąż będzie miało sens. Ma go nawet więcej, niż przed napisaniem, dlatego publikuję ;)

Powodzenia!

Krok po kroku zapanuj nad myślami i okiełznaj emocje

Postanowiłam się zmienić. Postanowiłam zmienić swoje nastawienie na bardziej pozytywne. Jestem zmotywowana i zdeterminowana i wiem, że wszystko mi sprzyja, bo to naprawdę dobre postanowienie. Nie noworoczne i nie żadne świąteczne. Ot po prostu – dla siebie, dla własnego dobra i szczęścia. Od dziś, od teraz. A raczej już od niemal dwóch tygodni.

Chciałabym, żeby każdy z Was mógł poczuć się równie pewnie, żeby postanowić sobie coś takiego i konsekwentnie się tego trzymać.

Nie powiem, że to jest proste. Zmiana nastawienia kosztuje mnie wiele pracy nad sobą i wiele wysiłku. Konieczna jest naprawdę dobra motywacja. „Dla siebie” to może być za mało, zwłaszcza, gdy toniemy w depresji i niskim poczuciu własnej wartości. Wówczas nic, co mielibyśmy zrobić dla samych siebie nie wydaje się warte uwagi, czasu i wysiłku. Rozumiem to. I znam to aż za dobrze. Nie wiem, czy istnieje tu jakaś uniwersalna porada, jak się przez to przebić. Ja chcę tak naprawdę jednej, konkretnej zmiany, na niej się koncentruję i to ona pociąga za sobą inne. Chcę zmienić coś DLA KOGOŚ. Nie brzmi to może zbyt zdrowo, ale tak naprawdę, kiedy chodzi o zmiany na lepsze, najważniejsza jest motywacja i nieważne, co lub kto nią jest. Coś stanowi dla mnie motor, żeby walczyć o siebie. Coś podtrzymuje mnie na duchu i jest światełkiem w tunelu, kiedy dopadają mnie obawy i wątpliwości. O to tylko chodzi. O wewnętrzną motywację, żeby nie ulec pokusom złych nawyków i trzymać się wybranej ścieżki.

Bo nasze myśli to tylko nasze nawyki. Gdybyśmy od lat poszukiwali dobrych stron, to nawet w największym kryzysie nasz mózg automatycznie by ich szukał. Jeśli od lat podąża się drogą negatywnego myślenia, bycia na nie i zakładania porażki, to z czasem coraz trudniej pozbyć się takich nawyków, bo myśli same podążają tą drogą. Jednak można to zmienić. Myśli mogą pojawiać się „same”, napędzane nawykiem wpojonym podświadomości, ale mamy też możliwość korygować je działaniami naszej świadomości. To wszystko jest złożonym procesem świadomego wybierania jednych myśli i pogłębiana tym samym dobrych stanów emocjonalnych, a neutralizowania innych.

Wymaga to jednak ciągłej pracy, ciągłej czujności, ciągłego aktywnego udziału świadomości we wszystkich procesach myślowych w naszej głowie. To męczące. Kiedy nasze myśli podążają za naszymi nawykami, dzieje się to bezmyślnie, nie wymaga naszej uwagi, możemy sobie wówczas umysłowo odpocząć. Wprowadzając takie zmiany, przynajmniej na początku, odpoczywamy tylko we śnie, kiedy nasza świadomość jest siłą rzeczy całkowicie nieaktywna. Kiedy nie śpimy, nasz umysł musi pozostać czujny i gotowy do interwencji.

Ważne, aby jasno wytyczyć sobie CEL i ŚRODKI DO TEGO CELU.

Zdyscyplinować swój umysł i zachować KONSEKWENCJĘ W DZIAŁANIACH.

Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby w ogóle nie mieć wątpliwości, gorszych dni i spadku formy. Jesteśmy tylko ludźmi. Każdemu się to zdarza. Ale negatywne uczucie może pojawić się i przeminąć, albo pojawić się, zakorzenić i siać spustoszenie.

To NIEPRAWDA, ŻE NIE MAMY KONTROLI NAD UCZUCIAMI.

Nie mamy jej wprawdzie nad naszą reakcją – kiedy zrobi nam się smutno, albo kiedy coś nas zdenerwuje. To się po prostu dzieje. Uczucie się pojawia.

Ale to NASZ WYBÓR, czy uczepimy się takiego uczucia i nakręcimy się na nie jeszcze mocniej, czy też wyciszymy się wewnętrznie i pozwolimy mu naturalnie przeminąć.

To nie jest proste. Wymaga pracy. Determinacji. Konsekwencji w działaniu. Uczucia i emocje to w niektórych przypadkach naprawdę mocna rzecz. Niełatwo się wyciszyć i zdystansować. Ale to możliwe. I kiedy uświadomimy sobie, że tak naprawdę najważniejsze w tym wszystkim jest, czy CHCEMY SIĘ USPOKOIĆ czy też chcemy dalej się złościć, wówczas już przestaje być pod górkę. Jednak żeby dostrzec, że to w istocie kwestia tylko tego, czego naprawdę chcemy, trzeba spojrzeć krytycznie na samego siebie – na to, czego głęboko w sobie chcesz i co cię motywuje. Trzeba zdać sobie sprawę, że rzeczywiście to jest MÓJ WYBÓR, WYBIERAM złość i smutek. Tylko wtedy można WYBRAĆ coś innego.

Czuć się znaczy być – nie odwrotnie

Czytam ostatnio „Potęgę podświadomości” Josepha Murphy. Choć może nie jest to najlepsze zdanie na początek notki, bo może odstraszyć niektórych czytelników. Niedawno czytałam też „Księgę zrozumienia” OSHO. Wydawałoby się, że obie te książki mówią zupełnie o czymś innym. Z całą pewnością autorzy różnią się od siebie. Przede wszystkim Murphy był osobą wierzącą (choć również bardzo wykształconą). Podejście OSHO jest nieco bardziej złożone i muszę powiedzieć to wprost – bliższe mi, ponieważ żadna religia nie miała nigdy miejsca w moim życiu. I robi mi się nieco niedobrze, kiedy czytam niektóre zdania w „Potędze podświadomości”, bo wg mnie albo mówimy o Bogu – „Bóg czyli życie” – albo mówimy o ludzkim umyśle, o podświadomości i jej możliwościach. Murphy robi Boga z podświadomości i podświadomość z Boga. To wprowadza duże zamieszanie dla takiego czytelnika, jak ja, który wolałby rozpatrywać opisywane kwestie bez łączenia ich z Bogiem – wyższą istotą, która stworzyła świat. Czasem pisze naprawdę rozsądnie, logicznie, bazując na doświadczeniu, na naukowych oczywistościach, a zaraz potem znów mówi o Bogu. Ciężko mi traktować to, co pisze tak, jakby autor sobie tego życzył – tzn. poważnie, kiedy sam autor wydaje się nie móc zdecydować, czy chodzi mu o FAKTY, o naukę, czy o Boga.

Owszem, prawo przyciągania, bo z grubsza o tym Murphy pisze, ciężko nazwać nauką, twardymi faktami. Zdaję sobie sprawę, że to kwestia bardzo miękka, bo łączy się z ludzką duchowością, tym, co każdy z nas ma w sobie, choć ciężko nam to zwykle nazwać i opisać. Ale co z tym wszystkim ma wspólnego Bóg? Nie będę przytaczać tego, co dokładnie OSHO mówi na temat religii, żeby nie wzbudzać kontrowersji, niemniej jedno z tego wszystkiego jest istotne – CZŁOWIEK ŁĄCZY W SOBIE CIAŁO I DUSZĘ. Te dwa elementy są w każdym z nas i nie ma to nic wspólnego z żadnym Bogiem. Zapewniam was – tych którzy są mocno wierzący – że agnostycy czy ateiści również posiadają emocje, uczucia, a więc świat wewnętrzny, duszę. Jeśli o to chodzi, niczym się od siebie nie różnimy.

To, co jest najbardziej interesujące, to że choć obaj panowie różnią się światopoglądem, ich duchowy, wewnętrzny rozwój doprowadził ich do tych samych wniosków. A mianowicie, że aby człowiek był szczęśliwy, musi zapanować w nim równowaga, harmonia. Tylko wówczas można wykroczyć poza świadomość i wznieść się na wyższy poziom samorozwoju. Innymi słowy trzeba żyć w zgodzie ze sobą, z tym co jest w nas najgłębiej, słuchać siebie, tak swojego ciała jak i ducha i tym się kierować. Bo tak naprawdę wszystko co znajduje się poza nami – naszym ciałem i psychiką – jest względne, zależy od nas, bo zależy od tego, jak na to patrzymy.

I tutaj zrodziło się pewne olśnienie, którego doznałam. Zastanówcie się nad sensem i prawdziwością dwóch zdań.

1. Czuję się szczęśliwy/a, więc jestem szczęśliwy/a.

2. Jestem szczęśliwy/a, więc czuję się szczęśliwy/a.

To są dwa zdania, mówiące o przyczynie i skutku. W pierwszym przyczyną jest „czucie się”, a skutkiem „bycie”, natomiast w drugim jest odwrotnie – to „bycie” jest przyczyną „czucia się”.

Długo się sama nad tym głowiłam, choć moja intuicja automatycznie odrzuciła zdanie nr 2 jako bezsensowne i nielogiczne. Nie można bowiem „być” nie „czując się”. „Bycie” jest zawsze skutkiem „czucia się”. Żaden stan „bycia” nie istnieje sam w sobie, nie jest obiektywny – zawsze wiąże się on z naszym „poczuciem”, „czuciem się”. Dlatego właśnie to „czucie się” minimalnie wyprzedza „bycie” – jest jego przyczyną.

Jeśli macie problem z tymi zdaniami w tej formie, spróbujcie wstawić inny przymiotnik zamiast „szczęśliwy”. Np. „bogaty”. To, że ktoś ma dużo pieniędzy wcale nie oznacza, że „będzie” na pewno „czuł się” bogaty. W oczach innych ludzi może wówczas być bogaty, ale to tylko inni ludzie – ich zdanie, ich poczucie nijak o nim nie stanowi.

Albo jeszcze inny, bardziej przyziemny przykład. Czy ktoś, kto skończył studia medyczne i jest lekarzem dla świata zewnętrznego, naprawdę „będzie” lekarzem, jeśli nie będzie się nim „czuł”? Każdego dnia będzie szedł do pracy, czując się jak oszust. Bo to, kim rzeczywiście „jesteśmy”, znajduje się tylko i wyłącznie w nas samych – wynika z tego, kim „się czujemy”.

Piszę tę notkę, chociaż wiem, że nie jestem w stanie Was nauczyć tego, o czym mówię. Nie mogę Wam tak naprawdę tego pokazać. O tym mówi też OSHO – rozwój duchowy to coś, co każdy musi osiągnąć samodzielnie. Do pewnych rzeczy trzeba dojść samemu – tylko wtedy można w nie uwierzyć tak, żeby ta wiara nie była już wiarą, ale wiedzą. Uwierzyć lub nie możemy drugiemu człowiekowi. Możecie mi uwierzyć albo nie, czytając tę notkę. Ja już nie potrzebuję wierzyć, bo wiem. Mam to w sobie, więc to już nie jest kwestia wiary, ale wiedzy.

Mogę Was jedynie zainspirować do poszukiwań. Możecie sięgnąć do OSHO albo do Murphy’ego i oni też mogą Was jedynie zainspirować. Bo prawdziwych odpowiedzi musicie szukać w sobie.

Jak namierzyć swoje hobby?

Jakoś nigdy specjalnie nie czułam potrzeby, żeby mieć jakąś pasję. Jakieś zajęcie na czas wolny. W liceum czy na studiach, lubiłam nic nie robić, kiedy nie musiałam się uczyć. Byłam tak przeciążona tym, że zwykle musiałam COŚ ROBIĆ, że kiedy nie musiałam, to korzystałam i po prostu nie robiłam NIC. Przez nic rozumiem oglądanie filmów i seriali, względnie leżenie i dosłownie nicnierobienie, ale generalnie odmóżdżanie się. Wolnego czasu miałam tak mało, że zwyczajnie lubiłam wtedy wyłączyć mózg i w nic się nie angażować.

Praca zmieniła sytuację. Czasu wolnego jest po prostu więcej, bo przy takiej pracy jak moja, masz wolne i nic nie musisz zawsze, kiedy fizycznie nie jesteś w pracy. Faktem jest, że bardzo długo odreagowywałam lata edukacji. Ale seriale i filmy nie stanowią zasobów niewyczerpywalnych, zwłaszcza jeśli nie ogląda się dosłownie wszystkiego, jak leci. A jednak zwykle człowiek w czymś gustuje, jedno go odpręży a co innego nie, więc oglądamy to, co nam sprawia przyjemność. No i, niestety, im więcej się tego ogląda, tym bardziej wszystko zlewa się w całość, bo nie ma się co oszukiwać – w gruncie rzeczy to wszystko jest o tym samym, zmieniają się tylko detale.

I w pewnym momencie zaczęło mi brakować zajęcia. Weekendy przelatywały mi między palcami, jak to zwykle jest, kiedy się niczego nie robi – brakuje punktów odniesienia, żeby ocenić i wartościować dzień i w konsekwencji wiadomo, że dzień był, ale nawet się go nie poczuło. Jak można odpocząć, odprężyć się, jeśli się nawet nie poczuło wolnego dnia?

 

O pasji, o tym, jak fajnie ją mieć, łatwo jest mówić tym, którzy ją mają. Rady typu „znajdź sobie jakieś hobby” też zwykle wychodzą z ust ludzi, którzy hobby mają. Dlaczego? Otóż, jak się hobby nie ma, to się wie, że to nie taka prosta sprawa, żeby je tak po prostu znaleźć. One nie rosną na drzewach w parku. Nie można hobby kupić. Trzeba je przede wszystkim znaleźć w sobie. Trzeba znaleźć taką aktywność, która będzie sprawiała przyjemność, nie będzie frustrować ani drażnić, nawet jeśli będziemy mieli gorszy dzień. Niekoniecznie ma to być coś, w czym już na starcie będziemy dobrzy – znalezienie czegoś takiego może być niemożliwe. Ale musi być to coś, czego nauka będzie dawała nam radość, czego będziemy się uczyć z ochotą i przyjemnością, bo będzie nas zwyczajnie interesować. Na pewno każdy z Was wie i pamięta, jak w szkole szybko przyswajaliście sobie to, co Was interesowało. Problem ze szkołą jest taki, że większość dzieci nie jest realizowanymi tematami ani trochę zainteresowana. Ale jednocześnie dzięki temu, że przymusza się nas do poznawania wielu różnych rzeczy, jesteśmy w stanie wyłowić to, co nas kręci. Trzeba się bowiem najpierw z czymś zetknąć, żeby móc się tym zainteresować.

Prowadzi nas to do wniosku, że żeby hobby znaleźć, trzeba przede wszystkim… szukać. Trzeba próbować różnych rzeczy. Eksperymentować. I tu przewrotna ludzka natura może zrodzić problem, bo zwykle mamy opór przed próbowaniem nieznanego. Z różnych przyczyn, a ogólnie mówiąc ze strachu.

Warto pamiętać, że wielu rzeczy, które mogą służyć za hobby, można się po prostu nauczyć. Ale trzeba zacząć to robić, bo te rzeczy zawsze bazują na praktyce. Nigdy nie będziesz dobrze rysować, jeśli nie zaczniesz rysować. Nigdy nie nauczysz się robić zdjęć, jeśli nie zaczniesz robić zdjęć. Nie będziesz dobrze grał na instrumencie, nie grając. Ani dobrze grał w piłkę nożną, nie trenując. I tak dalej. Oczywiście podstawa teoretyczna jest bardzo pomocna, ale to praktyka jest najważniejsza.

 

Jak namierzyć swoje hobby? Są dwa bardzo proste sposoby:

1. Czy jest coś, co lubisz robić, ale wydaje Ci się, że czegoś Ci jednak w tej dziedzinie brakuje albo uważasz, że nie jesteś w tym „dość dobry”?

Jeśli tak, to to jest właśnie najlepszy kandydat na Twoją prawdziwą pasję i aż dziw, że jeszcze tak tego nie nazywasz. Jeśli chcesz się w czymś rozwijać – rozwijaj się. Zapisz się na kurs z tej dziedziny – może akurat dowiesz się czegoś ciekawego, co Cię odblokuje. Poszukaj informacji w Internecie, spróbuj przez Internet skontaktować się z kimś, kto wg Ciebie jest naprawdę dobry w tym, co chcesz robić. Ucz się. Ćwicz. Rozwijaj.

 

2. A może jest coś, czego zawsze chciałeś się nauczyć, ale nie było okazji albo obawiałeś się, że nie dasz rady, że się nie nadajesz?

Zacznij się tego uczyć. Zapisz się na kurs/treningi – tak najlepiej zacząć, jeśli nie masz o czymś pojęcia. W Internecie można znaleźć wiele różnych kursów, z których można skorzystać bez wychodzenia z domu. Ucz się. Ćwicz. Rozwijaj.

 

Podświadomość jest po to, żeby człowiekowi służyć – ona Ci najlepiej podpowie, co jest dla Ciebie.

Najważniejsze – nie szukaj swojego hobby zaczynając od słowa „talent”. Talent trzeba rozwijać, na początku jest on tylko predyspozycjami. Bardziej lub mniej oczywistymi predyspozycjami, które też najpierw trzeba w sobie odkryć. Nigdy się nie dowiesz, czy masz do czegoś predyspozycje, jeśli tego nie spróbujesz. Naprawdę nie spróbujesz. Bardzo szybko zorientujesz się, czy daną dziedzinę lubisz, a potem to tylko kwestia nie zniechęcania się.

Jedyna realnie istniejąca przeszkoda, to pieniądze. Niestety. Kursy, treningi, warsztaty – to wszystko kosztuje. W zależności od dziedziny, sprzęt też może sporo kosztować. Ale żeby czegoś spróbować, tylko spróbować, wystarczą często jedne zajęcia, które czasem są nawet bezpłatne. A potem, kiedy już się to coś w sobie odkryje, przynajmniej wiadomo, w jakim kierunku iść – na co oszczędzać, do czego dążyć.

 

Jeśli o mnie chodzi, odkryłam fotografię. Dość spontanicznie zdecydowałam kupić lustrzankę cyfrową i samo jakoś zaczęło się kręcić. A żeby stworzyć jakąś całość, jakąś tę fotografię uzupełnić, rozszerzyć, zapisałam się na kurs wizażu i pielęgnacji urody. I póki co mam z tego dużo zabawy i przyjemności, a o to w tym wszystkim przecież chodzi :)

 

Powodzenia!

 

Btw. Zapraszam Was na stronkę, gdzie publikuję niektóre swoje zdjęcia:
http://colorfullgirlsworld.deviantart.com/

Jesteś wystarczająco dobry

Przeczytałam ostatnio ebooka „Jesteś wystarczająco dobry. Podstawowy poradnik praktyczny systemu Faster EFT” autorstwa Pana Sebastiana Mroczka, autora również bloga www.specialtherapy.net. Czytałam, mimo że nie byłam nawet w nastroju na takie powtarzanie mi, że sama odpowiadam za to, co czuję i że wszystko może być inaczej. Nie zrozumcie mnie źle, wszystko naprawdę może być inaczej. Tylko nie zawsze mam ochotę na zmiany. Jak już Wam kiedyś pisałam, stan depresji bywa po prostu wygodny. No i jest czymś, co znam. Praca nad sobą? Pff. Męczy mnie czasem samo myślenie o tym. Kiedy zmiany pod wpływem impulsu po prostu zachodzą we mnie, to OK. Ale tak pracować nad sobą systematycznie i te zmiany wymuszać? Jestem chyba zbyt… przerażona.

W każdym razie zapoznałam się z tą książką. I mój umysł automatycznie stworzył podstawy do tego, żebym ją odrzuciła jako źródło czegoś wartościowego. Powiedział (mój umysł): ten facet ci mówi, że smutek czy złość nie są normalne i nie są naturalne dla twojego ciała i trzeba je tępić. I niektóre zdania tej książki można tak zrozumieć, chociaż kiedy ten sam mój umysł poddał swoją tezę swobodnej, kreatywnej analizie, doszedł do wniosku, że jednak autor radzi przejście przez te wszystkie trudne emocje, bo to zwyczajnie bez sensu się zadręczać i czuć źle, skoro można przestać i można poczuć się lepiej. Tak więc chociaż będę uparcie bronić swoich przekonań, że skoro człowiek doświadcza negatywnych emocji, to one zwyczajnie są potrzebne, czemuś służą i są dla ludzkiego ciała naturalne, to jednak istotnie jest bez sensu katować się powtarzalnymi, negatywnymi emocjami przez lata, przez całe swoje życie. Dlatego choć konstrukcja niektórych zdań w książce do mnie zwyczajnie nie przemawia, to jednak jako całokształt treść ma sens.

To, co na pewno warto zapamiętać i o czym pisze Pan Mroczek to:

„Szczęście jest umiejętnością. (…) Trening czyni mistrza.”

„Kluczem do szczęścia jest jak najczęstsze przebywanie w stanie radości.” („jak najczęstsze” czyli nie ciągłe, nieprzerwane)

„Nasze podejście nie zmienia się na podstawie zmiany naszej zewnętrznej sytuacji.” Przykra prawda jest bowiem taka, że jeśli nie umiesz się cieszyć teraz, to nawet kiedy sytuacja zewnętrzna się zmieni, wciąż nie będziesz umiał się cieszyć.

 

Największym chyba atutem jest jednak część praktyczna. To jest to, czego brakuje większości poradników, a tu autor proponuje konkretny zestaw czynności, procesów myślowych, działań, które należy wykonać, kiedy ogarniają nas negatywne emocje. Po wstępnym zapoznaniu się z nimi stwierdzam, że są te rady po prostu… proste. Wykonalne. Przyswajalne. Nie wymagają też nie wiadomo jakiej pamięci, żeby je wszystkie spamiętać i móc stosować w różnych sytuacjach.

 

Spróbuję zastosować na sobie proponowane przez Pana Mroczka ćwiczenia i każdymi efektami będę się z Wami dzielić, żeby rozwiać Wasze ewentualne wątpliwości czy opory. Niemniej będę musiała zacząć od eliminacji swoich negatywnych emocji względem podjęcia jakichkolwiek działań. A to zapewne potrwa, jak znam siebie.

Ale może pośród Was są osoby, które mniej się boją zmian, niż ja i uda im się to zwyczajnie szybciej? A może ktoś już spotkał się z tą metodą i może podzielić się rezultatami? Zapraszam do pisania komentarzy albo maili bezpośrednio do mnie (u.nawrocka@wp.pl).

Człowiek – istota społeczna

Mówi się, że nie można swojego szczęścia budować na relacjach z innymi ludźmi. Że trzeba się nauczyć szczęścia z samym sobą, żeby móc naprawdę zaznać szczęścia w życiu.

Ma to sens. Nie mamy kontroli nad innymi ludźmi, więc bardzo łatwo się zawieść. Całe szczęście może bardzo łatwo runąć, kiedy w całości zależy od drugiego człowieka.

A jednak to też ogromne uproszczenie. Nie da się bowiem zbudować szczęścia bez żadnych więzi społecznych i relacji z innymi ludźmi. Człowiek jest istotą społeczną – potrzebuje innych ludzi, stada, żeby czuć się po prostu dobrze.

Gdzie jest granica? Cóż, to kolejna indywidualna sprawa. Wielu ludzi czuło się w jakimś punkcie swojego życia samotnymi. Rzadko zdajemy sobie sprawę, że można czuć się BARDZIEJ samotnym, niż to, czego sami doświadczyliśmy. A niemal zawsze to jest możliwe. Możemy czuć się samotni, bo danego dnia, kiedy np. potrzebowaliśmy się z kimś spotkać, ten ktoś nam odmówił. Albo dlatego, że akurat jesteśmy między związkami, a bardzo byśmy chcieli się do kogoś przytulić. Możemy też trzeci miesiąc czuć się potwornie źle, cały czas wiedząc, że nie ma w naszym życiu absolutnie nikogo, do kogo moglibyśmy się zwrócić chociaż po zwykłą rozmowę. Co innego mieć takie poczucie przez dzień lub dwa, a co innego czuć to codziennie przez trzy miesiące.

Oczywiście ODCZUCIE samotności to sprawa subiektywna. Nie idzie tego oceniać u innych czy porównywać siebie z innymi. Możemy jedynie spróbować „zmierzyć” to u siebie, krytycznie ocenić i wyciągnąć wnioski. Jeśli mamy „przyjaciół”, a i tak czujemy, że na nikim nie możemy polegać – powinniśmy poszukać lepszych przyjaciół. Takich, żeby nie trzeba było ich zapisywać w cudzysłowie. Ktoś może powiedzieć, że to wynik naszego problemu w komunikowaniu, czego nam potrzeba. To możliwe. Nie możemy oczekiwać czytania w myślach – takie oczekiwanie to problem z nami a nie problem kiepskich przyjaciół. Ktoś może też powiedzieć, że ci „przyjaciele” w cudzysłowie to kwestia naszych wygórowanych oczekiwań. Nasze oczekiwania to odbicie naszych potrzeb. Możemy oczywiście pójść na kompromis, ale moim zdaniem nie należy z tym przesadzać. Ludzie są różni i nie wszyscy będą odpowiadać naszym potrzebom. Nie sugeruję, żeby zerwać kontakt z każdym, na kim czujemy, że nie możemy polegać. Mówię tylko, że jeśli czujemy, że na nikim z naszego otoczenia nie możemy naprawdę polegać, że nikt nas naprawdę nie rozumie, to powinniśmy rozejrzeć się za kimś nowym.

Bardzo ciężko jest dostrzec własną wartość i pokochać siebie, kiedy nie otrzymuje się z otoczenia żadnych sygnałów świadczących o tym, że ktoś nas kocha i dla kogoś jesteśmy ważni. To dotyczy każdego etapu naszego życia – od samych narodzin. Różni ludzie zostają rodzicami i nie mamy wpływu na to, kto nas wychowuje. Jak już kiedyś wspominałam – ludzie z problemami wychowują kolejnych ludzi z problemami. Zdrowe postrzeganie samego siebie jest przede wszystkim odbiciem tego, ile miłości, troski i czułości otrzymało się w dzieciństwie. Braki w tym zakresie wypaczają osobowość dziecka.

Jeśli wychowywali nas ludzie, którzy bez problemu okazywali nam uczucia, otaczali nas wsparciem, troską i opieką, którzy sprawiali, że czuliśmy się kochani – wówczas miłość do siebie jest dla nas czymś zupełnie naturalnym. Łatwo nawiązujemy relacje z innymi ludźmi, ale też łatwiej radzimy sobie z chwilową samotnością.

Dla wypaczonej osobowości samotność jest błędnym kołem. I szczerze? Nie ma co liczyć na to, że samodzielnie nauczymy się kochać samego siebie i znajdziemy szczęście w samotności. Każdy człowiek potrzebuje drugiego człowieka. Jeśli brakowało nam miłości i wsparcia od najmłodszych lat, będzie to problemem tak długo, jak długo nie znajdziemy kogoś, kto nam to zapewni.

Po co więc są terapie?

Nigdy żadnej nie przeszłam, ale znam teorię dość gruntownie. Terapia sama w sobie nie nauczy nas szczęścia w samotności. Może nas natomiast nauczyć krytycznego postrzegania tego, jak widzimy samych siebie, może pomóc zwalczać rozsądkiem nasze przekonania odnośnie nas samych i jak najbardziej może nam pomóc otworzyć się na relacje z innymi ludźmi. A jak tylko inni ludzie zaczną powoli napływać do naszego życia – będziemy czuć się lepiej i wszystko inne zacznie się niejako samo naprawiać.

 

Nie chodzi w tym wszystkim tylko o związek romantyczny. Chodzi o budowanie SIECI RELACJI MIĘDZYLUDZKICH, która sprawi, że będziemy czuć się wartościowi i lubiani. „Sieć” to słowo kluczowe. Oparcie dobrego samopoczucia na jednym człowieku, partnerze romantycznym, to zły pomysł. Ludzie zawodzą i ten jeden człowiek też może zawieść. Sieć zapewnia emocjonalne bezpieczeństwo. Solidna sieć się nie urwie, kiedy straci jeden z punktów zaczepienia.

Oczywiście stworzenie takiej sieci to kwestia lat. Ktoś musi być pierwszy. I nie mówię, że nie może to być partner romantyczny. Z wielu względów jest po prostu łatwiej zacząć od kogoś takiego. Ale dobrze mieć kogoś jeszcze. Wtedy kiedy jeden z końców mostu się urwie, zawsze jest ten drugi.

Szukanie szczęścia w całkowitym oderwaniu od innych ludzi jest skazane na porażkę.

Praktyczne trudności

Skoncentrowałam się ostatnio na stronie Pani Elżbiety Wolnej (maszke.pl), kupiłam nawet jej e-booka „Jak świadomie stosować Prawo Przyciągania”. Wciągnęłam się w temat, bo w końcu chcę, żeby mi było w życiu lepiej. Dotychczas dobrze nie było, czyli – logicznie rzecz biorąc – coś robiłam źle. Równie dobrze mogę założyć, że chodzi o moje podejście i nastawienie i spróbować nad tym popracować. W najgorszym wypadku zmieni się tylko i wyłącznie moje nastawienie.

Ogólnie rzecz biorąc fajnie Pani Wolna o tym wszystkim mówi, fajnie tłumaczy, co i jak należy starać się robić, żeby – jak to ona określa – przyciągać to, czego pragniemy. Zastanawiam się nad wykupieniem jakiegoś z jej szkoleń, między innymi dlatego, że daje to możliwość zadania jej pytań odnośnie tego, czego się jeszcze nie rozumie. Na razie czytam pytania innych i zawarte w e-booku odpowiedzi. Może akurat ktoś już pytał o to, o co ja bym zapytać chciała. Kilka odpowiedzi już znalazłam, kilku wciąż mi brakuje.

Mój analityczny dość umysł natyka się jednak na sprzeczności. Generalnie cała idea jest dla mnie zrozumiała: Gdy czegoś pragniesz, jest to z definicji coś, co da ci szczęście, więc musisz odczuwać na co dzień jak najwięcej dobrych emocji, żeby to przyciągnąć. Podobne przyciąga podobne. W teorii jest to naprawdę proste. Praktyka napotyka trudności.

Pani Wolna twierdzi, że skoro mamy kontrolę nad tym, o czym myślimy (co uogólniając jest prawdą), mamy też zawsze kontrolę nad tym, jak się czujemy. Ujęte to w jedno zdanie wynikowe brzmi to po prostu absurdalnie. Mimo że rozumiem, co autorka ma prawdopodobnie na myśli, czytając jej odpowiedzi na pytania czytelników, zwyczajnie mnie to bawi. W sposób raczej negatywny. Zapewne dlatego, że dla jednych to, o czym pisze, będzie prostsze, a dla innych trudniejsze. Nie mówi ona o tym, jak to się wszystko ma do ludzi w depresji, z zaburzeniami osobowości, nad którymi emocje czasem (czasem często) biorą górę i żadne myśli nie są w stanie tego naprawić.

Według niej permanentne poczucie szczęścia jest możliwe. To największa bzdura świata. Oczywiście są ludzie GENERALNIE szczęśliwi i GENERALNIE nieszczęśliwi, ale ludzki organizm nie jest w stanie żadnego z tych dwóch stanów czuć dosłownie stale. Dlatego człowiek GENERALNIE nieszczęśliwy będzie miewał momenty wewnętrznego spokoju i ulgi, a człowiek GENERALNIE szczęśliwy będzie miewał gorsze dni. To jest normalne, naturalne.

A ja o tym ostatnio zapomniałam.

Tak bardzo chciałam STALE czuć się pozytywnie, czując presję, czując, że muszę się tak czuć, jeśli chcę, żeby w moim życiu coś dobrego się zmaterializowało, że niemal panikowałam, kiedy mój nastrój się obniżał. Pani Wolna wprawdzie pisze o takich zjawiskach, wie, że występują wątpliwości, zniecierpliwienie itd. i w odpowiedzi na to… formułuje rady, jak to obejść i dalej myśleć pozytywnie. Każdy niech to sobie sam skomentuje według własnego uznania.

Powiem Wam, co ja wiem. Smutek jest normalny. Tęsknota jest normalna. Złość jest normalna. I zamiast próbować to obejść, lepiej jest sobie na to pozwolić i przez to po prostu przejść. To jest naturalny sposób i wbrew pozorom szybki i skuteczny. Nie ma większego sensu z tym walczyć i na siłę próbować przekuwać myśli negatywne w pozytywne. Pozwolić sobie przeżyć te negatywne emocje, oczyścić się poprzez płacz czy wysiłek fizyczny i odpuścić. Tak o wiele łatwiej jest wrócić do pozytywnego nastawienia, niż kiedy próbuje się na siłę to pozytywne nastawienie zachować.

 

Podsumowując, naprawdę WARTO zapoznać się z tym, co Pani Elżbieta Wolna ma do przekazania. Nieważne, czy macie depresję i zaburzenia czy też jesteście zupełnie „normalni”. Warto, bo jej wskazówki są naprawdę mądre i możliwe do zastosowania.

Moja rada jest taka, żebyście nie wyobrażali sobie przy tym, że autorka nie ma złych dni i wie, jak zrobić, żeby ich nie było. Na pewno je ma, ale jej „misją” jest pokazanie czytelnikom, że życie może być inne, dobre. I to jest super, choć wg mnie brakuje trochę tej ludzkiej strony.

Pani Wolna, z tego, co pisze, od 12 lat jest w szczęśliwym związku, motywowanie ludzi i zmiana ich sposobu postrzegania jest jej pasją, blog daje jej poczucie spełnienia i satysfakcję, jej szkolenia i cała ta reszta również. Na brak pieniędzy też raczej nie narzeka. Jest człowiekiem szczęśliwym, spełnionym. Na pewno na to ciężko pracowała, tzn. jej wiedza świadczy o tym, że musiała doświadczyć też złych rzeczy. Ale teraz jest szczęśliwa i złe chwile są pewnie pojedyncze, wnioskując z tego, co o sobie pisze. Jej punkt widzenia jest po prostu inny, niż wielu z nas. Dlatego czytając jej bloga pamiętajcie, że macie prawo do własnego punktu widzenia. Przekładajcie to wszystko na własne możliwości. Starajcie się, wysilajcie ile możecie, bo warto, ale pamiętajcie, że czasem dobrze jest też odpuścić. Jeden gorszy dzień, kiedy przez większość pozostałych będziecie się dobrze trzymać, nie zmieni ogólnej energii, jaką będziecie emanować. A możliwe nawet, że w konsekwencji ją wzmocni.